Moi gitarowi superbohaterowie

Szymon Chudy Inne, Mental 1 komentarz

Każdy ma jakiegoś idola. Kogoś, kto doszedł w swym fachu do perfekcji takiej, że tylko na chwilę przed zaśnięciem przyznajemy, że posiadanie choćby połowy z jego umiejętności zadowoliłoby nas do końca życia. Dziś opowiem Ci o moich superbohaterach, czyli gitarzystach, którzy zupełnie nieświadomie zaznaczyli swoją obecność w moim małym, muzycznym świecie.

O napisaniu takiego artykułu myślałem naprawdę od dawna. Problem w tym, że zamknięcie listy w jakiejś sensownej ilości po prostu graniczył z cudem. Nawet Żonka śmieje się ze mnie, kiedy pełen ekscytacji biegnę do niej krzycząc „zobacz! to mój ulubiony gitarzysta”. Taaaa. Ile razy już to słyszała 🙂

Taka jest kolej rzeczy. Nasze gusta ewoluują i to, że kiedyś miałem obrazek świętego Johna Petrucciego w pokoju, wcale nie przeszkadza mi dziś sięgać po skrajnie odmienne inspiracje. Na każdym etapie muzycznego rozwoju fascynuje nas coś innego. Ktoś goni za sprawnością techniczną, ktoś za umiejętnością improwizowania, ktoś za skutecznością w tworzeniu. To jest po prostu normalne, taka jest kolej rzeczy.

Sens posiadania idola

W dążeniu do muzycznej perfekcji, najważniejszą kwestią jest systematyka. Jeśli Ci na czymś zależy i będziesz systematycznie poświęcał temu czas, sukces masz niemal gwarantowany. Pozostaje kwestia wytrwałości i samomotywacji, o których pisałem już wcześniej.

Podglądanie osoby, której udało się osiągnąć poziom, o którym obecnie wyłącznie marzymy to olbrzymi dar. To żywy dowód na to, że jest ktoś komu już udało się przejść sporą część drogi, na której początku my dopiero stoimy. To żywy dowód na to, że z wiedzy w formie martwej – takiej zapisanej w książkach, można zrobić twórczy użytek. Nawet jeśli z czasem przyjdzie nam zmienić kierunek to doświadczenie zdobyte poprzez taką obserwację zostanie z nami na zawsze.

A podglądać wcale nie jest tak trudno, bowiem ludzie osiągający wysoki poziom w swojej dziedzinie, często chętnie dzielą się swoją wiedzą poprzez publikacje różnego rodzaju. Dlatego zacznę od kogoś, kogo książki i warsztaty diametralnie zmieniły moje podejście do muzyki. Co więcej – nie będzie to gitarzysta…

#1 Victor Wooten

Nikt nigdy nie poprzestawiał mi w głowie tak jak on. Choć głównym instrumentem Vixa jest oczywiście bas, jego filozofia życia i grania jest dla mnie po prostu boskim darem. Nigdy nie spotkałem kogoś, kto w tak piękny i prosty sposób opowiadałby o tym, czym jest muzyka i jak do niej należy podchodzić. Na fali pierwszego kontaktu z jego przemyśleniami napisałem jeden z pierwszych artykułów – Czy muzyka to język?

Wooten roboczo podzielił muzykę na 10 pomniejszych elementów, wymieniając m.in. dźwięki, technikę, rytm, artykulację, przestrzeń, emocje, dynamikę, słuchanie, brzmienie. Dodatkowo postawił tezę, że zdecydowana większość muzyków ogranicza się do pracy nad pierwszymi dwoma. Tymczasem każdy z elementów jest równoważny. Co więcej każdy z nich możesz w jakiś sposób odnieść do swojego życia!

Call it life or call it music. Michael, bohater powieści The Music Lesson

Tweetnij

Dlatego jeśli dobrze radzisz sobie z angielskim to powinieneś prędko zapoznać się z jego publikacjami, bo po prostu otwierają głowę i to bardzo szeroko. Dla ścisłowców, którzy chcą dostać przysłowiową kawę na ławę, świetny będzie Groove Workshop. To zwyczajna szkółka – typowa w formie, nietypowa w treści. Z ciekawostek – Wooten gra tutaj solówkę korzystając wyłącznie z dźwięków spoza skali. Albo improwizuje z maszyną perkusyjną, która wybija mu jedną ćwiartkę na cztery takty. Maskara!

Te same koncepty, jednak wyjaśnione w dużo bardziej metaforyczny sposób, znajdziesz w książce The Music Lesson. Szczególnie polecam audiobooka, którego słuchałem chyba z 10 razy. Więc jeśli chcesz wiedzieć, co ma wspólnego tropienie zwierząt z artykulacją, czym jest masowanie dźwięków, dlaczego zero, znaczy nic i wszystko i jak udało się spotkanie Wootena z żabą, to zdecydowanie warto tu zajrzeć!

Linki w tym artykule kierują do sklepów, gdzie sam legalnie kupuję treści. Jeśli skorzystasz z nich to dostanę skromną, kilkuprocentową prowizję, która pozwoli mi pokryć niewielką część kosztów prowadzenia bloga. Oczywiście możesz je kupić również w innych miejscach 🙂

#2 Guthrie Govan

Nie potrafię oddzielać muzyka od jego osobowości. Dlatego przestałem słuchać wielu gitarzystów, których muzykę kochałem, ale widząc snobizm i zadufanie, prezentowane w wywiadach, nie potrafiłem spoglądać na nią w ten sam sposób. Ale Guthrie… Kocham tego gość. Totalnie. To jest po prostu kosmita. Pomijając już kwestię tego, że gra wszystko i robi to w unikalny dla siebie, żartobliwy sposób, to samo patrzenie na niego po prostu raduje serce. Błyskotliwe poczucie humoru, olbrzymia wiedza i potężna technika, używana w bardzo muzykalny sposób (nie zawsze, ale zwykle). Totalny mistrz świata.

Guthrie, nim zyskał światowy rozgłos, pisał artykuły do pism branżowych. Wydał również książkę Creative Guitar podzieloną na dwie części: #1 Cutting Edge Techniques oraz #2 Advanced Techniques. Posiadam obie i często do nich wracam, bo rzetelna wiedza jest tu podana w humorystyczny sposób.

#3 Ulf Wakenius

Świat muzyki jazzowej pociągał mnie od bardzo dawna. Mimo to nie lubiłem roli gitary w tej muzyce. Brakowało mi w niej możliwości ekspresyjnych i dynamicznych, jakie ma chociażby trąbka, saksofon, czy inne instrumenty dęte. Romansowałem nieco z Patem Methenym, Alem Di Meolą, ale nigdy nie był to zachwyt w czystej formie. Wtedy poznałem Ulfa i po raz pierwszy zachłysnąłem się możliwościami naszego instrumentu, w kontekście muzyki jazzowej. Dla mnie Wakenius był jak brat Esbjörna Svenssona, z którego nagraniami w trio praktycznie się nie rozstawałem. Co więcej, Ulf nagrał płytę z jego muzyką. Nazywa się Love Is Real i jest naprawdę wspaniała!

Skromny człowiek w baseballowej czapeczce, zapraszany do grania przez gigantów jazzu. Występował m.in. z Oscarem Petersonem, z Rayem Brownem i wieloma innymi, świetnymi muzykami. To przykład człowieka, który mając bluesowo-rockowe korzenie (podobnie jak ja) opanował kunszt improwizacji jazzowej do poziomu arcymistrzowskiego (co pozwala mi optymistyczniej przyglądać się moim własnym próbom). Ledwo wczoraj oglądałem jego improwizację do Rhythm Changes w tempie 350. Gigant techniki, który ma bardzo liryczne serce i cudownie pokazuje swoje szwedzkie korzenie. Warto się z nim zapoznać!

Podsumowanie

Oczywiście listę mógłbym rozbudowywać niemal w nieskończoność, jednak zdecydowałem się ograniczyć do postaci, które w moim muzycznym światku królują niezmiennie od wielu lat.

Bez względu na to, czy dzielisz moje fascynacje, fakt jest jeden. Warto mieć takich bohaterów, bowiem przypominają nam oni o naszych marzeniach i celach, a nader wszystko są chodzącym dowodem na to, że po prostu da się i jeśli włożymy w to odpowiednią ilość czasu, pracy i zaangażowania to być może za kilka lat, ktoś będzie w taki sposób spoglądał w naszą stronę…

A jak jest u Ciebie? Gdybyś miał wymienić jedną postać, która wywarła największy wpływ na Twoją grę, byłby to…? Zjedź w dół i napisz w komentarzu!