Skąd czerpać motywację do systematycznych ćwiczeń na gitarze

Szymon Chudy Mental 2 komentarze

O tym, że ćwiczyć trzeba, powszechnie wiadomo. Słyszymy to od nauczycieli, bardziej doświadczonych kolegów, rodziny, znajomych. Niektórzy rzucają nawet statystykami o tym, jak to amerykańscy naukowcy udowodnili, że potrzeba X tysięcy godzin, aby być w czymś dobrym. Rzeczywistość jest jednak prosta i trzeba się z nią zmierzyć. Dostaniesz tyle, ile sam włożysz. A włożysz tyle, na ile pozwoli Ci Twoja motywacja.

Problem w tym, że łatwo jest rzucać truizmami – pseudomotywującymi hasłami, rodem z amerykańskich poradników sukcesu. Trudniej jednak jest się zmierzyć z faktem, że chcąc mieć wymierne efekty, musimy liczyć się z systematyczną i konsekwentną pracą. A do takiej potrzeba prawdziwej motywacji.

Nie podlinkuję tu filmiku z inspirującą muzyką. Nie będę krzyczał „jesteś zwycięzcą”. Gorsze dni/okresy trafiają wszystkich, bez względu na poziom zaawansowania i staż grania. Zatem, co zrobić, gdy wiesz, że powinieneś działać, ale jednak nie wiesz gdzie podział się dawny zapał i motywacja?

#1 Pójdź na koncert

Nic nie inspiruje tak, jak muzyka na żywo. Na mnie szczególnie działa taka, grana przez muzyków, których w jakimś sensie podziwiam. I wcale nie muszą to być super wirtuozi. Czasem wystarczy świadomość, że koledzy z zaprzyjaźnionego zespołu dobrze sobie radzą i idą do przodu. Bo skoro oni mogą to dlaczego nie ja?

Zawsze powtarzam, że scena jest najbardziej naturalnym miejscem dla każdego muzyka. Wszyscy dążymy, mniej lub bardziej świadomie do tego, by móc się dzielić naszą sztuką z innymi ludźmi. Dlatego koncerty są największym źródłem motywacji i dlatego piszę o nich w pierwszej kolejności.

Do dziś pamiętam pierwszy koncert, na który zabrał mnie tato. Do dziś wspominam mamę, która od małego brała mnie „na występy”. Do dziś pamiętam każdy koncert, po którym wracałem do domu z mocnym postanowieniem poprawy i nic już nie było takie samo.

Brakuje Ci zapału? Pójdź na koncert.

#2 Poszukaj muzycznej świeżości

Gdy zajmujemy się czymś przez dłuższy okres, z czasem zaczynamy się tym nudzić. To absolutnie normalne i dotyczy każdej dziedziny życia. Wpadamy w stagnację, bo zwyczajnie brakuje nam świeżości. Tymczasem z dzisiejszymi możliwościami pozyskiwania nowych inspiracji, trwanie w tym stanie po prostu nie ma sensu.

Wiele razy ratowałem swój zapał drastycznie zmieniając stylistyki muzyczne, z którymi obcowałem. Zacząłem grać na gitarze z czysto ogniskowo-harcersko-poezjośpiewaniowych powodów. Z czasem poznałem Dream Theater i wsiąknąłem totalnie. A gdy miałem dość złożoności progresywnej muzyki, pojawiła się okazja i wszedłem… w reggae. Potem był romans z jazzem, który choć w różnym natężeniu, generalnie trwa do dziś.

Dzięki temu mogłem przez cały ten czas mieć zapał do grania (bądź co bądź, każda z tych stylistyk wymaga innego podejścia), a jako bonus zyskałem wszechstronność, która dziś umożliwia mi współpracę sesyjną np. z telewizją i teatrem.

Tak więc jeśli jesteś ortodoksyjnym fanem Kirka Hammeta, zobacz co stanie się jeśli zagrasz utwór w stylistyce country. A jeśli od zawsze grasz tylko jazz, zmierz się z klasyką rocka. Nic złego się nie wydarzy, jeśli na chwilę spróbujesz czegoś nowego, a przy okazji będą to lekcje, z których wyciągniesz wiele pokory. A kto wie. Może i nowe spojrzenie na muzykę…

A jeśli to dla Ciebie za daleko – spróbuj poszukać nowych inspiracji. Mogą być w obrębie tej samej stylistyki, mogą być dużo dalej. Świeża muzyka zawsze pomaga.

#3 Ogranicz rzeczy, które grasz

Moim największym przekleństwem jest branie sobie zbyt wielu rzeczy na głowę. Przejawia się to tak w życiu, jak i w muzyce i ćwiczeniach gitarowych. Moja lista „fajnie byłoby umieć”, zdaje się nie mieć końca, a nowe rzeczy wpadają na nią niemal codziennie.

Tak więc mierzę się z sytuacją, w której chciałbym odwiedzić Madryt i Moskwę jednocześnie. Z jednej strony kręci mnie popisowa technika, rodem z gitarowych płyt lat 80-tych. Z drugiej – sposób w jaki moi znajomi radzą sobie z zaawansowanymi progresjami i rytmami w jazzie, z trzeciej prostota i przekaz w reggae czy rapie.

Postawię odważną tezę, że nie da się mieć obu rzeczy (o czym mówił chociażby Scott Henderson). Czasem trzeba wybrać, w którą stronę chcemy iść.

Po latach zmagań zauważyłem, że momenty, w których decyduję się ograniczyć kierunki skupienia, są momentami spokojnej i najbardziej solidnej pracy. Dlatego zamiast myśleć o wszystkich skalach świata, których musisz się nauczyć, najlepiej do końca tygodnia, wybierz jedną, nad którą popracujesz. Zamiast 15 piosenek, które chcesz potrafić zagrać, wybierz na początek fragment jednej z nich, nad którym popracujesz dzisiaj.

Less is more. W każdym kontekście.

#4 Zrób sobie przerwę

Przerwa, jeśli zrobiona mądrze i w odpowiednim momencie, może przynieść więcej korzyści niż najbardziej konsekwentnie realizowany plan ćwiczeń. Pisałem o tym zresztą ostatnio w artykule o muzycznym wypaleniu.

Kiedy zaczynasz traktować gitarę na serio, zaczynasz mieć oczekiwania. Chcesz czuć i widzieć postępy. Chcesz by je zauważano i doceniano. Dlatego momenty, gdy natrafiasz na ścianę są takie trudne.

Sęk w tym, by rozumieć, że szeroko rozumiany rozwój muzyczny nie zależy wyłącznie od ilości wysiedzianych godzin. Oczywiście takie, zwykle nie szkodzą, jednak rozwój artystyczny to już dużo bardziej złożony proces.

Warto pamiętać przede wszystkim, że postępy w naszym fachu nie przychodzą linearnie. Nie budzisz się każdego dnia odrobinę lepszy, niż byłeś wczoraj. Nie podnosisz o 10 bpm tempa utworu, który ćwiczyłeś wczoraj. Nie pamiętasz wszystkich skal, które przegrałeś w zeszłym miesiącu.

Rozwój gitarzysty jest bardziej skokowy. Im dalej jesteś, tym rzadziej będziesz odczuwał postępy, ale kiedy już się pojawią to będą znaczące, zauważalne i przede wszystkim zadowalające. Już sama świadomość tego faktu pozwala łatwiej zaakceptować to, że choć czujemy, że stoimy w miejscu, postęp przyjdzie.

Kilkudniowa przerwa pozwoli odpocząć i podejść do wyzwań z nową świeżością.

#5 Bądź szczęśliwy

Tak wiem, miało nie być amerykańskich haseł…

Jednak sam czasem, w pogoni za byciem coraz lepszym, graniem coraz to trudniejszych rzeczy, nagrywaniem w drogich i modnych studiach itd., gubię sens wszystkiego. Wiem, że wiele osób ma podobnie.

A przecież sięgnęliśmy po gitarę, bo dawała radość i spełnienie. Przecież sięgaliśmy po nią, bo była odskocznią od codzienności i ciekawym hobby, poprzez które czuliśmy się szczęśliwsi. Tylko w między czasie pojawiły się oczekiwania. A dla niektórych też i zobowiązania (zawodowe).

Dlatego na koniec pamiętaj, że… nic nie musisz.

Wszystko co robimy poprzez swój instrument, robimy z własnej woli. Nieważne, czy mówimy o ćwiczeniach, twórczości, czy po prostu swobodnym spędzaniu wolnego czasu. Nikt do niczego nas nie zmusza. Nie istnieją skale której „trzeba znać”. Nie ma utworów, które „wypada” grać. Wszystko jest kwestię tego, czego sam chcesz i na co się decydujesz. A z taką świadomością żyje się dużo prościej.

A jak jest u Ciebie? Czy często mierzysz się z brakiem motywacji? A może przeciwnie, masz jej w nadmiarze i możesz podzielić się swoimi strategiami? Tak czy inaczej – zostaw komentarz. Nawet kilka zdań może zacząć ciekawą dyskusję, a na pewno dla mnie będzie wspaniałą nagrodą za czas włożony w tworzenie treści. Dzięki serdeczne!